Jasne
promienie wieczornego słońca wpadały przez otwarte okno do niewielkiej,
przytulnej kuchni rodziny Ackerman, w której zazwyczaj pachniało
ziołami i przyprawami. Tym razem jednak to zapach jabłek i cynamonu
roznosił się po całym domu już od samego rana, kiedy to trójka
siedemnastolatków wpadła na genialny według nich pomysł i postanowiła
upichcić szarlotkę. Od tego czasu jednakże minęło ładnych kilka godzin i
po cieście nie został nawet okruszek. Kto by się spodziewał, że trójka
najgorszych urwisów w Belmont ma takie zdolności kulinarne? Nieważne, że
przez dwie godziny o wszystko się kłócili, a gdy w końcu szarlotka była
gotowa, kuchnia wyglądała jakby przeszło przez nią tornado.
Najważniejszy wszakże jest efekt, czyż nie? Mimo to, musieli spędzić w
kuchni kolejną godzinę, aby pomieszczenie na powrót nadawało się do
użytku i błyszczało czystością. I w tej chwili tylko zapach cynamonu i
jabłek był dowodem na to, że jeszcze pół godziny temu na stole kuchennym
leżała szarlotka. Teraz zamiast niej znajdowała się tam rozłożona
gazeta, nad którą pochylała się owa trójka młodych kucharzy, widocznie
czymś poruszona.
- O czym tak szepczecie, dzieciaki? -
spytał pan Ackerman, który właśnie w tej chwili wszedł do kuchni. Był to
postawny mężczyzna w średnim wieku o brązowych, lekko już
przyprószonych siwizną włosach i dużych, łagodnych oczach o jasnoszarej
barwie, które odziedziczyła po nim jego córka. Siedząca przy stole
dziewczyna odwróciła się w stronę ojca, co po chwili zrobili także jej
dwaj towarzysze.
- Widziałeś? - spytała siedemnastolatka,
podsuwając mężczyźnie pod nos otwartą gazetę.- 'Kolejna ofiara wilkołaka
z Durham.'.
- Już czwarta w przeciągu miesiąca. Kto wie ile
jeszcze zwłok znajdą w lesie. A nadchodzi kolejna pełnia - westchnął pan
Ackerman ze znużeniem i odsunął od siebie gazetę, nawet na nią nie
patrząc.
- Tato, ta kolejna ofiara to Benedict Rochester.
Nasz nauczyciel od Zaklęć - powiedziała cicho Cersei, jakby obawiała się
reakcji ojca. Benjamin Ackerman jednakże był człowiekiem nad wyraz
spokojnym, który nie miał w zwyczaju ukazywać targających nim emocji.
Tym razem nie było inaczej. Mężczyzna spojrzał na trójkę nastolatków z
nieprzeniknionym wyrazem twarzy, na której dopiero po chwili pojawiło
się współczucie.
- Przykro mi to słyszeć. Podobno był dobrym i
szanowanym nauczycielem - bąknął mężczyzna, nerwowo poprawiając krawat,
którego nie zdążył jeszcze zdjąć. Cóż, pan Ackerman może i był
mężczyzną współczującym, jednak nigdy nie potrafił tego okazywać.
Dlatego też bez słowa ulotnił się z kuchni, pozostawiając córkę i jej
dwóch przyjaciół. Cersei wzruszyła tylko ramionami, przyzwyczajona do
takiego zachowania ojca.
- Dzisiaj obaj śpicie na podłodze.
Ostatnim razem jak wpakowałeś mi się do łóżka, Valentine, zabrałeś mi
całą kołdrę - mówiąc to, spojrzała z naganą na wyższego chłopaka, by po
chwili przenieść wzrok na Sebastiena.- Rozumiemy się?
-
Wybacz Cece, ale na dzisiejszą noc wracam do domu. Jutro z samego rana
obiecałem pojechać z babcią do Londynu - powiedział panicz Drummond,
wpatrując się w dziewczynę przepraszająco.
- Nic nie szkodzi.
Przed nami jeszcze całe wakacje - ciemnowłosa uśmiechnęła się wesoło i
musnęła wargami policzek chłopaka.- Ale zobaczymy się jutro, prawda?
- Oczywiście.
- Spróbowałbyś nie. Jutro mieliśmy wybrać się do tego opuszczonego domu
nad rzeką - odezwał się w pewnej chwili Valentine, patrząc niby to
groźnie na przyjaciela, jednak w jego niebieskich tęczówkach widać było
wesołe iskierki.
- Pamiętam. Codziennie nam o tym
przypominasz - prychnął Sebastien i po krótkim pożegnaniu, jakim było
pocałowanie Cersei w policzek oraz poklepanie Valentine'a po plecach,
wyszedł z domu państwa Ackerman. Kiedy tylko zniknął za zamkniętymi
drzwiami, dziewczyna poczuła jak drugi przyjaciel obejmuje ją od tyłu w
tali i opiera podbródek na jej ramieniu.
- Zostaliśmy tylko
ty i ja. Jakieś propozycje co moglibyśmy robić? - wymruczał jej do ucha z
lekkim rozbawieniem, na co Cece zareagowała głośnym prychnięciem i
odepchnęła od siebie chłopaka, by stanąć z nim twarzą w twarz,
- Na pewno nie to, o czym myślisz, Earnshaw - powiedziała tylko,
posyłając mu leniwy, arogancki uśmiech, po czym bez słowa odwróciła się
na pięcie i popędziła na górę do swojego pokoju, gdzie po chwili swe
kroki skierował również Valentine.
* * * *
Odgłos otwieranych drzwi. Kroki na korytarzu. Skrzypnięcie schodów.
Cisza.
Szuranie krzeseł. Ciche szepty. Odgłos tłuczonej szklanki.
Cisza.
Leżąca na łóżku ciemnowłosa dziewczyna przekręciła się na drugi bok,
jednocześnie otwierając swe szare ślepia. Coś było nie tak. Czuła to.
Czuła, że coś się stało i jak zwykle ona dowie się o tym ostatnia. Bez
namysłu więc odrzuciła z siebie kołdrę i wstała z łóżka, bezszelestnie
podchodząc do śpiącego na podłodze chłopaka i mocno szturchnęła go nogą w
bok. Nie zdziwiła się jednak, gdy jej przyjaciel mruknął tylko coś
przez sen i przekręcił się na drugi bok.
- Valentine,
wstawaj, do cholery! - warknęła cicho i dźgnęła go stopą jeszcze
mocniej, na co chłopak jęknął głośno i w końcu otworzył swoje niebieskie
oczęta, które wbił w twarz stojącej nad nim dziewczyny.
- Czego? - mruknął niechętnie, lekko zachrypniętym głosem i przetarł zaspane oczy, aby o tyle, o ile lepiej widzieć.
- Moi rodzice zeszli na dół. Chyba coś się dzieje.
- Cersei, daj spokój. Jesteś przewrażliwiona. To, że twoi rodzice
zeszli na dół, nie oznacza, że coś musi się dziać - prychnął zirytowany
Valentine, na powrót zamykając oczy i ignorując przyjaciółkę, starał się
znowu zapaść w sen. Niestety dość szybko poczuł kolejne kopnięcie w
bok. Z jego ust posypał się stek przekleństw, jednak posłusznie odrzucił
kołdrę i stanął na nogi.
- Ubrałbyś się - szepnęła cicho, wskazując na jego t-shirt, który wisiał niedbale na krześle.
- Proszę cię, nie mów mi, że nagle stałaś się pruderyjna - mruknął
ironicznie Valentine, nawet nie zerknąwszy w stronę górnej części
garderoby. W samych dresach podszedł do drzwi i otworzył je jak
najciszej, odsuwając się na bok, by puścić szatynkę przodem. Cece
rzuciła mu tylko nieodgadnione spojrzenie i bez słowa wyszła z pokoju,
kierując się na schody, którymi po chwili zeszła na dół do kuchni.
Cisza, która zapadła, kiedy się tam pojawiła, wcale ją nie zdziwiła.
Rodzice zawsze przerywali w połowie swoje szepty, gdy nie chcieli, żeby
Cersei usłyszała coś, co nie było przeznaczone dla jej uszu.
-
Co się dzieje? - spytała w końcu, gdy żadne z nich nie pokwapiło się
samemu poinformować ją, że coś się stało. Czekała i czekała,
jednocześnie próbując ignorować fakt, że stojący za nią Valentine chucha
jej w kark. I już miała zadać pytanie ponownie, gdy po wielu
porozumiewawczych spojrzeniach jej matka nareszcie zdecydowała się
odpowiedzieć.
- Chodzi o Sebastiena. On... Wracał do domu
przez las. Było już ciemno, a dzisiaj zaczyna się pełnia i... Och, tak
mi przykro, dzieci. Zaatakował go wilkołak. Podejrzewają, że ten sam, co
ostatnimi czasy zabija czarodziejów.
Jedyna pewna rzecz,
którą można było powiedzieć o Juliette Ackerman było to, że w
przeciwieństwie do męża nie uciekała, gdy stało się coś poważnego i
trzeba było przekazać złą wiadomość, a później kogoś pocieszyć. Tym
razem jednak nie ruszyła się z miejsca, nie podeszła, aby przytulić
córkę. Wiedziała bowiem, że to by nic nie dało. Cersei jednak nawet tego
nie zauważyła, bowiem ledwo co jej matka skończyła mówić, ona
gwałtownie cofnęła się do tyłu, wpadając jednocześnie na Valentine'a,
którego omal nie przewróciła.
- Nie. Kłamiesz. On nie mógł...
- zaczęła cicho, ale głos nagle jej się załamał i nie mogła powiedzieć
ani słowa więcej. Valentine jakby przeczuwając nadchodzącą burzę w
postaci paniki Cersei, złapał ją od tyłu, unieruchamiając nadgarstki w
mocny uścisku. Dziewczyna bowiem miała tendencję do rzucaniem wszystkim
co popadnie w stanie wściekłości, rozpaczy, a także paniki, które panicz
Earnshaw zdążył nauczyć się przeczuwać.
- Cersei, uspokój
się. On żyje. Żyje, tylko... Jest duże prawdopodobieństwo, że został
zarażony likantropią - powiedział nieco podniesionym głosem pan
Ackerman, aby jego słowa dotarły do roztrzęsionej dziewczyny. Ulga jaka
na chwilę pojawiła się w oczach szatynki, szybko przerodziła się w
jeszcze większe niedowierzanie, cień strachu, a także zmartwienie.
- Jak bardzo...? - odezwał się nagle Valentine, nie kończąc jednak pytania, którego i tak wszyscy się domyślili.
- Jest podrapany w kilku miejscach, ale to nic poważnego. Ugryziony
został na szczęście tylko raz, w biodro. Nie jest to czysta rana, jego
skóra została nieźle poszarpana i na pewno zostanie blizna, aczkolwiek
żadna z kości, ani nerwy nie zostały uszkodzone - odpowiedziała
Elisabeth, matka Cersei.- Leży w św. Mungu. Jeżeli będziecie chcieli,
pojedziemy tam z samego rana.
- Tak, tak będzie najlepiej -
mruknął cicho Earnshaw, wyraźnie przybity wiadomościami, jakie nagle
spadły na niego i jego przyjaciółkę.- Chodź Cece, musimy się wyspać -
powiedział do dziewczyny i bez słowa wziął ją na ręce, aby zanieść do
jej pokoju. Była lekka jak piórko i choć zazwyczaj gwałtownie mu się
wyrywała, tym razem siedziała cicho, jakby uszło z niej powietrze.
Valentine jednak ją rozumiał. Sam bowiem przechodził to samo, co ona,
choć w przeciwieństwie do niej tego nie okazywał. Mimo to, oboje teraz
potrzebowali siebie nawzajem. Dlatego też, kiedy już położył Cersei na
łóżku, sam ułożył się obok niej, otaczając ją mocno ramionami i całując w
czubek głowy. I choć mogłoby się wydawać, że żadne z nich nie zaśnie
jeszcze przez długi czas, pięć minut później oboje z powrotem pogrążyli
się w głębokim śnie.
* * * *
Szpital.
Jedno z niewielu miejsc, których Cersei panicznie się bała. Zapach
środków dezynfekujących, widok wielkich i ostrych igieł, a co najgorsze,
obecność ledwie dychających staruszków doprowadzała ją wręcz do paniki.
Tak jednak wyglądał zwykły, mugolski szpital, którego panna Ackerman na
szczęście nie musiała odwiedzać zbyt często. W św. Mungu również
pojawiała się dość rzadko, aczkolwiek trzeba przyznać, było to
przyjemniejsze miejsce. Zamiast środków dezynfekujących, czuć było tutaj
kwiatowy aromat eliksiru czyszczącego, igieł zaś używało się rzadziej,
bowiem częściej korzystano tutaj z zaklęć i wywarów leczniczych
przygotowanych z przeróżnych ziół, a osób starszych nie było tutaj
prawie wcale. Dodatkowo, niekiedy można było ubawić się po pachy, gdy
któryś z pacjentów miał dwie głowy, uszy kota czy ogon, bo pomylił skład
eliksiru czy ktoś rzucił na niego złe zaklęcie. Dzisiejszego dnia
również można było zobaczyć takie osoby, jednakże Cece do śmiechu nie
było. Przez kilka ostatnich godzin była zbyt zdenerwowana i zmartwiona
stanem Sebastiena, aby myśleć o czymkolwiek innym.
Słysząc
odgłos otwieranych drzwi, Cersei gwałtownie podniosła głowę i odwróciła
się na pięcie, aby zobaczyć jak jeden z uzdrowicieli wychodzi z sali, w
której został ulokowany Drummond. W zaledwie kilku krokach pokonała
dzielącą ich odległość, aby zastawić mężczyźnie drogę, jakby bała się,
że jej ucieknie.
- Możemy już do niego wejść? - spytała z
nadzieją, wpatrując się w uzdrowiciela swymi dużymi, szarymi oczętami z
wyrazem błagania na twarzy.
- Możecie, ale nie dłużej niż
dziesięć minut. I tylko dwie osoby naraz - dodał na odchodnym, zerkając
jeszcze na pięcioosobową grupkę stojącą za plecami ciemnowłosej
dziewczyny. Cersei również spojrzała w tamtym kierunku, jednak wzrok
utkwiła w młodym chłopaku, który już po chwili stał obok niej.
- Idziemy? - spytał Valentine, grzecznie czekając, aż jego
przyjaciółka w końcu ruszy się z miejsca. Szatynka pokiwała dość
niepewnie głową i ruszyła do drzwi, które po chwili lekko uchyliła i
zajrzała do środka. Widząc na sali tylko jedną osobę, którą był leżący
na łóżku Sebastien, wparowała szybko do pomieszczenia i niemal rzuciła
się na przyjaciela, mocno go do siebie przytulając.
- Cece,
dusisz mnie - mruknął Drummond, próbując się wyswobodzić z uścisku panny
Ackerman, która delikatnie rozluźniła uścisk, jednak wciąż go nie
puszczała.- Cześć, stary - powiedział po chwili, przenosząc spojrzenie
szarych oczu na stojącego kilka kroków dalej chłopaka, jednocześnie
gładząc lekko przytuloną do niego istotkę po plecach.
-
Powinienem z miejsca ci przyłożyć, Bastien - mruknął naburmuszony
Valentine, marszcząc swoje ciemne brwi.- Nawet nie wiesz jak nas
przestraszyłeś. Jako jedynemu udało ci się przyprawić mnie o atak serca.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mi się to udało - zażartował
Drummond, uśmiechając się lekko w stronę przyjaciela, na co ten prychnął
tylko pod nosem.
- To nie jest śmieszne, Sebek. Ani trochę -
odezwała się Cersei, w końcu wypuszczając chłopaka ze swoich objęć, by
na niego spojrzeć.- Jak się czujesz? - spytała po chwili z troską w
głosie, zagryzając lekko dolną wargę.
- Dobrze. Tylko wiesz, trochę boli - odpowiedział enigmatycznie, wskazując na swoje pogryzione biodro.
- Wiadomo już czy...?
- Nie. Dowiemy się za miesiąc.
Cersei westchnęła cicho, zerkając na stojącego obok Valentine'a. I
już otwierała usta, aby coś powiedzieć, gdy do sali niespodziewanie
wszedł jeden z uzdrowicieli.
- Koniec odwiedzin. Macie
minutę, aby się pożegnać - powiedział bez śladu jakichkolwiek emocji w
głosie, po czym chwycił jakieś papiery i z powrotem wyszedł na korytarz,
dając im chwilę czasu na pożegnanie.
- Przemiły człowiek -
burknął Valentine, odrywając spojrzenie od zamkniętych drzwi, za którymi
zniknął mężczyzna.- No, to do zobaczenia, kaleko. Wrócimy tu jutro. Nie
myśl sobie, że damy ci spokój - słowa skierowane do przyjaciela
skomentował leniwym uśmiechem, podchodząc do drzwi, gdzie stanął, aby
zaczekać na Cersei.
- Idź. Zaraz dojdę - obiecała
ciemnowłosa, a kiedy Earnshaw zniknął za drzwiami, odwróciła się w
stronę Sebastiena, machinalnie gładząc kciukiem jego dłoń.- Bastien...
Będziesz silny, prawda? Nie załamiesz się, gdy... No wiesz, gdy okaże
się, że jesteś zarażony - spytała cicho, wpatrując się w niego
błagalnie. Chłopak westchnął cicho, na chwilę zamykając swe szare
ślepia. Od ostatnich kilku godzin sam zadawał sobie to pytanie, jednak
prawda była taka, że nie znał na nie odpowiedzi.
- Nie wiem,
Cece. Okaże się za miesiąc - odpowiedział po chwili, na powrót
otwierający oczy, aby zobaczyć reakcję dziewczyny.- Cersei, posłuchaj.
Nieważne co będzie za miesiąc, rozumiesz? Nieważne kim się stanę,
nieważne czy zmienię się, czy nie, zawsze będę cię kochał. Wiesz o tym,
prawda?
Szatynka otarła szybko pojedynczą łzę, która spłynęła
po jej zaróżowionym policzku, nie odrywając wzroku od przyjaciela.
Starała się uśmiechnąć, pokazać, że jest dzielna, ale nic z tego nie
wyszło. Bała się też, że i głos odmówi jej posłuszeństwa, więc nie
powiedziała nic. Ujęła za to jego twarz w swoje drobne łapki i złożyła
na jego ustach lekki, acz długi pocałunek, który miał zastąpić
odpowiedź. Nie czekając na jego reakcję, odsunęła się od niego i bez
słowa wstała z łóżka, z którego zabrała również swoją torebkę. Nie
chciała stąd wychodzić. Chciała tu zostać, położyć się obok Sebastiena i
spędzić z nim całą noc. Wiedziała jednak, że zostałaby stąd szybko
wyrzucona, więc zanim ktokolwiek zdążył to zrobić, ruszyła do drzwi i
wyszła na korytarz, gdzie czekał na nią Valentine wraz ze swoimi i jej
rodzicami. Ona jednak jakby ich nie zauważając, ruszyła do wyjścia ze
św. Munga, chcąc uciec stąd jak najdalej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz